Shit! Rok w brukowcu to satyra na świat tabloidów. Obrazuje kulisy tworzenia gazety, w której w sposób kreatywny traktuje się opisywaną rzeczywistość. Książka zrodziła się z doświadczeń autorki, zdobytych podczas wieloletniej pracy w mediach. Ukazuje grzeszki żurnalistów, zdradza arkana ich profesji i mechanizmy oszukiwania czytelników.
Edyta, młoda freelancerka, absolwentka studiów dziennikarskich, marzy o karierze publicystki poważnego pisma. Los rzuca ją jednak do brukowca. Bohaterka musi nauczyć kota latać, wcielić się w prostytutkę, przeistoczyć się w zakonnicę i nakłonić Polaków do obchodów "dnia szczytowania seksualnego". Życie prywatne funduje Edycie kolejne niespodzianki. Czy uda się jej przechytrzyć los i zatrzymać przy sobie mężczyznę swoich marzeń.
Świat tabloidu w książce Joanny Żebrowskiej przypomina piekło, a jednak warto wybrać się w tę podróż w nieznane egzotyczne miejsce, bo jest to lektura dynamiczna i wciągająca. Rozrywka i coś więcej niż rozrywka jednocześnie.
- Jacek Wakar, szef działu kultury w "Przekroju"
Współczesny świat przeżywa prawdziwą "eksplozję autorstwa". Od czasów Jana Gutenberga koszty wydruku znacznie się obniżyły, co sprawia, że wydać książkę może praktycznie każdy, kto się nie leni napisać ok. 100 stron tekstu. I jeśli w całej historii planety uzbierało się może z 200-300 mln. autorów, to w dzisiejszych czasach, myślę, że należałoby użyć terminu „zatrzęsienie”, żeby określić liczbę osób aspirujących do bycia pisarzem. Stąd ja, jako czytelnik, czuję się zagubiona w morzu dzieł i pseudo powieści oraz przebywam na wiecznym „głodzie” dobrej książki współczesnych autorów.
Natknęłam się ostatnio na książkę Joanny Żebrowskiej: Shit! Rok w brukowcu. Zachęcająco brzmiały zarówno recenzje powieści, jak i obietnice, że książka jest polską historią Bridget Jones. Dodatkowe zainteresowanie wzbudzał fakt, iż książka ukazuje kulisy tworzenia jednego z polskich brukowców. Wykształcenie autorki oraz jej doświadczenie w polskim tabloidzie stworzyły we mnie przekonanie, że książka na pewno okaże się "hitem". No i przeniesienie opowieści na polski grunt – bezcenne.
"Shit!" to opowieść o skomplikowanych losach młodej dziennikarki Edyty, która marzy o pisaniu do szanowanych tytułów. Sytuacja na rynku pracy zmusza bohaterkę do podjęcia pracy w polskim tabloidzie. W dalszych częściach książki dowiadujemy się o przygodach zawodowych Edyty oraz jej pogmatwanym życiu prywatnym.
Od razu zaznaczę, że "Shit!" okazał się moim osobistym rozczarowaniem 2011. Nie urzekła mnie ani Edyta Pióro, ani jej historia. Główna bohaterka to zaniedbana, nieumalowana dziewucha w workowatych ciuchach z przetłuszczonymi włosami i bajzlem w mieszkaniu. Żłopie piwo na litry i marzy o schudnięciu. W brukowcu, który, rzekomo, tak nienawidzi Edyta radzi sobie nie najgorzej i nawet zostaje faworytką szefa. Mimowolnie nasuwa się przypuszczenie, że jest to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Podrywa chłopaków na „Postawisz mi drinka?” (Edyto, to jest lame!). Pomimo to z niewyjaśnionych przyczyn cieszy się niezmiennym powodzeniem u płci przeciwnej. Z Bridget Jones Edytę łączy chyba tylko praca w gazecie, cellulit i uzależnienie od papierosów.
Edyta jest szara i nudna, pozbawiona jakiejkolwiek przedsiębiorczości (nie jest w stanie poradzić sobie nawet z gromadką dzieci). Zresztą życie nie wymaga od niej przebojowości, ponieważ wszystkie życiowe problemy rozwiązują się bez jej udziału: załatwia je redaktor naczelny, przypadkowa Beatka lub po prostu nieoczekiwanie się urywają (być może jej przygody są tak pospolite, że sama autorka znudziła się o nich pisać). Edyta jest pozbawiona jakiejkolwiek osobowości, tańczy tak, jak jej zagrają: trzeba wykorzystać bezdomnych do zdjęć – proszę bardzo, trzeba wymyśleć bzdurny temat dla następnego wydania – na zawołanie.
Cała historia jest tak wiarygodna, że równie dobrze mogłaby się dziać w galaktyce "far far away". Może właśnie dlatego autorka zastosowała niedorzeczny chwyt z przemianowaniem Warszawy na Warszawowo, ponieważ z góry wiedziała, że nikt jej nie uwierzy, iż coś takiego miało miejsce w polskiej rzeczywistości. Na dodatek w narracji co raz się trafiają akapity w stylu: „zaczęłam składać drabinkę o 15:00, później dołączyła do mnie Gośka, skończyłyśmy o 21:00”. Nic nie wnoszą, nic nie dodają, stwarzają wrażenie „zapychaczy”. Pani Żebrowska! To nie jest praca magisterska, nie warto za wszelką cenę zwiększać objętości.
Rosyjski klasyk Antoni Czechow kiedyś powiedział, że jeśli w pierwszym akcie dzieła wieszasz na ścianie strzelbę, to na koniec musi ona wystrzelić. Joanna Żebrowska najwidoczniej postanowiła zlekceważyć tę złotą zasadę, w swojej powieści wyciąga ona jedną historię po drugiej, jak opętany magik króliki z kapelusza. Żadna z tych mini opowieści nie jest ze sobą w żaden sposób połączona i kończy się równie niespodziewanie jak i zaczyna. Co gorsze, są to historie tak bezpłciowe, że nie wywołują żadnej emocji, a już na pewno nie wnoszą nic odkrywczego w poznanie mechanizmów działania polskich tabloidów.
Cała książka jest napisana sztucznym wymęczonym językiem, aspirującym do lekkości i bycia cool. Obfituje w "suchary" typu: walentynki = walenie tynków, które były śmieszne z 10 lat temu, kiedy dopiero się pojawiły, a nie teraz kiedy są oklepane do bólu.
John Irving w jednym z wywiadów dla "Polityki" powiedział: Czytam książkę z tego samego powodu, dla jakiego wybieram się do teatru: mam nadzieję, że mnie coś poruszy, zasmuci, przerazi, zaniepokoi. Jeśli sztuka nie potrafi tego uczynić, dlaczego miałbym ją oglądać?. Ja również sięgam po książkę po to, by przeżyć sytuacje i wydarzenia, których nie dane jest mi doświadczyć w życiu codziennym. Chcę zobaczyć ludzi inspirujących, niepospolitych, kolorowych i wyrazistych.
Autorka "Shitu!" powinna była zadać sobie pytanie: czego może oczekiwać czytelnik od jej opowieści. Otwierałam książkę z nastawieniem: powiedz mi coś czego nie wiem, no dobra, od biedy, chociaż rozśmiesz. Nie znalazłam w utworze ani jednego, ani drugiego. Odwrotnie, poczułam się potraktowana jak czytelnik "Hitu". Najwidoczniej autorka wraz z doświadczeniem wyniosła z brukowca pewien charakterystyczny stosunek do czytelnika. Kontrowersyjna nazwa, krzycząca okładka. Książka kipi zajawkami niezwykłych historii o dziwkach, zakonnicach, UFO. Motyw „dekonspiracji” brukowców. Jest nawet wątek miłosny. Niestety, żaden z tych elementów nie jest w pełni rozwinięty, przemyślany, dokończony. Książka nie ma nic do zaoferowania oprócz kontrowersyjnych sloganów.
O co w tym wszystkim chodziło? Przytoczę cytat z "Shitu!": Chodziło oczywiście o to, żeby nakład lepiej się sprzedał, bo tak naprawdę nie mam pojęcia...
Moja ocena: 3/10
- helest, bestsellery.NET
O książce Joanny Żebrowskiej Shit! Rok w brukowcu można powiedzieć wiele dobrego. Ciekawy temat, świetna okładka, ładny papier, przyjazna czcionka. Książka z powodzeniem sprawdza się jako przycisk do papieru czy blokada wciąż zamykających się drzwi. Ale żeby ją od razu czytać...
Bez trudu można się zorientować, że jestem bardzo rozczarowana lekturą powieści. Pierwszym ostrzeżeniem powinno być dla mnie porównanie jej do Diabeł ubiera się u Prady, ale zignorowałam podszepty zdrowego rozsądku. W końcu autorka miała okazję pracować w jednym z polskich brukowców, a teraz postanowiła obnażyć obłudę i zakłamanie środowiska, które tworzy tego rodzaju pisma.
Joanna Żebrowska stworzyła swoje alter ego – Edytę Pióro, ambitną dziennikarkę bez większych perspektyw na stałą pracę, którą życie zmusza do schowania dumy pod łóżko i zaprzedania duszy diabłu. Niestety główną bohaterkę dość poważnie dotknął syndrom Mary Sue. Jako że autorka pisze o sobie, to Edyta okazuje się wspaniała, piękna i inteligentna, czego brutalny świat nie dostrzega. Edi walczy z systemem, przygłupimi przełożonymi oraz nieczułymi facetami, chce pokazać ludziom, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo. Jednocześnie nie wzbudza we mnie żadnych emocji. Nie jestem w stanie poczuć frustracji Edyty, bo tak naprawdę dobrze odnajduje się w tym szczególnym środowisku. Co więcej jest przekonana o swojej wyższości moralnej oraz intelektualnej nad wszystkimi ludźmi, którzy w ten sposób zarabiają na swoje utrzymanie.
Nie lepiej przedstawia się sytuacja z pozostałymi bohaterami. Są stereotypowi do bólu i oczywiście stoją stopień niżej na drabinie ewolucji – zimny drań Rafał, poczciwy naiwniak Łukasz, bezwzględny Edmund, przemądrzała Krystyna, a do tego prostytutki o gołębim sercu, nieszczególnie roztropni rolnicy i zła pani z opieki społecznej, która wykorzystuje swoich podopiecznych. Jedyny ciekawy obrazek stanowi Piotr, przyjaciel Edyty, który ostatecznie i tak został zmasakrowany poprzez obdarzenie go niecodzienną dolegliwością.
Całość składa się z kilkunastu historyjek, które zazwyczaj nie mają puenty i kończą się w momencie, w którym powinny się dopiero rozkręcać. Wszystko jest okraszone siermiężnym humorem, a co lepsze dowcipy są z reguły spalone dzięki próbom wytłumaczenia ich czytelnikom (w nawiasach). Jeśli dodamy do tego zmianę nazw własnych – Warszawowo czy Zwiśle oraz neologizmy takie jak słowo „przebajerzone”, otrzymamy bardzo pretensjonalny styl.
Konkludując – forma nie zachwyca. A co z treścią? Czytam, aby dowiedzieć się czegoś nowego. A czego dowiedziałam się z tej książki? Że tak naprawdę to rośliny nie jedzą chomików, psy nie siwieją po śmierci swoich właścicieli, a kosmici nigdy nas nie odwiedzili. Kto by pomyślał…
Oficjalnie przyświecał autorce jeden cel – nadzieja, że lektura książki sprawi, iż czytelnicy przestaną wydawać ciężko zarobione pieniądze na brukowce, żerujące na krzywdzie innych ludzi. Zapomniała tylko o jednym, drobnym szczególe – fani brukowców zazwyczaj nie czytają książek i nie sięgną po Shit! Rok w brukowcu. Pozostali z dużym prawdopodobieństwem nie będą zachwyceni.
Moja ocena: 2/10
- Murietka, bestsellery.NET
— Puk, puk — powiedziałam chwilę później, wchodząc do jego kanciapy. Wyglądało na to, że na mnie czeka, bo nie robił niczego konkretnego. Przeglądał magazyn motoryzacyjny, a na tego rodzaju przyjemność pozwalał sobie niezmiernie rzadko.
— Dobrze, że jesteś — odłożył gazetę, wstał i kiedy usiadłam na krześle, zamknął za mną drzwi. Zdumiałam się nieco, gdyż drzwi do jego kanciapy były zazwyczaj otwarte. Edmund odcinał się od świata zewnętrznego tylko wtedy, gdy był bardzo zapracowany lub prowadził z kimś poufne rozmowy dotyczące przyznania podwyżki, przyjęcia do pracy lub... zwolnienia z niej, ale to, miałam przynajmniej taką nadzieję, mi nie groziło.
— Słuchaj — oparł się plecami o parapet. Był jakiś dziwnie skupiony. — Jest taka sprawa. Postanowiłem powierzyć ci tajną misję, której nie zleciłbym byle komu. Co ty na to?
— Nie ma sprawy. Cała zamieniam się w słuch.
— Świetnie. A więc tak... Trzeba jechać do klasztoru Ananianek i dowiedzieć się, co tam się dzieje — wypalił z błyskiem w oku. W ten sposób nawiązał do ostatnich wydarzeń w kazimierskim klasztorze. Na ich temat rozpisywała się prasa. Zgodnie z jej relacjami siostry ananianki z Kazimierza Górnego zamknęły się w klasztorze w ramach buntu przeciwko decyzji papieża, który odwołał z funkcji ich przełożoną, siostrę Joachimę. Zdaniem zakonnic, doświadczała ona cudownych objawień. Ciekawość ogółu podsycał jeszcze fakt, że w klasztorze zamknął się wraz z mniszkami były duchowny. Jeden z tygodników oskarżył go o molestowanie seksualne młodych sióstr. Informacje te wywołały falę rozmaitych spekulacji. Najśmielsza z hipotez była taka, że w klasztorze doszło do zbiorowego opętania.
— Do klasztoru Ananianek? — zdziwiłam się, że Edmund ma taki nierealistyczny plan. — Przecież one z nikim nie gadają. Nie wpuszczają dziennikarzy, a już na pewno nie będą rozmawiać z dziennikarką „Hitu”.
— Z dziennikarką „Hitu” może nie, ale jeśli wstąpisz do klasztoru, to co innego — rzekł z poważną miną, która mogła oznaczać, że mówi serio albo dworuje sobie ze mnie (często dowcipkował z poważną miną).
— Żartujesz, prawda? Wiesz przecież, że nie nadaję się do klasztoru. Mam za dużo nałogów i w ogóle... Na pewno by mnie nie przyjęli — zaczęłam się bronić nieskładnie, co najwyraźniej go rozbawiło.
— Wiem, wiem — odparł z uśmieszkiem. — Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wytrzymałabyś bez tych swoich fajek nawet dnia (nie byłby sobą, gdyby mi nie dogryzł). Dlatego plan jest inny. Przebierzesz się za siostrę zakonną. Pojedziesz do klasztoru i poprosisz ananianki o gościnę. Powiesz, że nie masz, gdzie przenocować, bo uciekł ci ostatni pociąg, albo że ukradli ci pieniądze. A kiedy cię wpuszczą, nakręcisz wszystko, co tam się dzieje, ukrytą kamerą, którą wypożyczysz, najlepiej z telewizji. No i mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz i spiszesz się na medal, bo za dobrze wykonane zadanie przewiduję dla ciebie nagrodę — zakończył.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Zastanawiałam się, co ma na myśli. Przecież nie mogło chodzić o podwyżkę (niedawno jedną dostałam, i to solidną).
— Chciałbym zaproponować ci etat w naszym dziale — wypalił ku mojemu zaskoczeniu.
Byłam pod wrażeniem. Nigdy wcześniej nie miałam umowy o pracę. Czułam, że jeśli zdobędę pierwszy etat, to o kolejne będzie już o wiele łatwiej.
(...)
Dochodziła 17.00, gdy dotarłam do budynku na Niewoli z efektownym napisem na fasadzie wykonanym sprayem: „Lepiej chu...m kopać doły, niż co rano iść do szkoły”. Minęłam dwa lumpeksy oraz całodobowy „wodopój”, czyli sklep monopolowy, i stanęłam przed wejściem do zakładu krawieckiego. Kiedyś szyłam tam ubranie dla psa do tematu Misia strojnisia. Na wystawie wisiała zakurzona suknia balowa, a na drzwiach wejściowych widniał zardzewiały szyld „Pracownia krawiecka, Stefan Wiśniewski, 1975”. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Cieszyłam się w duchu, że zdążyłam przed zamknięciem. Znalazłam się w ciemnym oraz małym jak więzienna cela pomieszczeniu, oddzielonym przeszkloną ścianą od kanciapy krawca. Pracował w niej siwy okularnik z policzkami w kolorze buraka.
— Dzień dobry — ukłoniłam się.
— Dzień dobry — krawiec przerwał robotę i odwrócił się przodem do okienka przypominającego kasę biletową.
— Nie wiem, czy mnie pan pamięta — zaczęłam. — Jestem z „Hitu”. Zamawiałam u pana suknię dla psa.
— Pamiętam, oczywiście. Jakże mógłbym panią zapomnieć. Tak się wtedy przy tej sukni umordowałem. Ciekawe, co też tym razem klientka sobie zażyczy. Może jakiś skafanderek kosmonauty?
— Coś w tym stylu — uśmiechnęłam się. — Habitu zakonnego potrzebuję. Dla siebie oczywiście.
— O masz ci los! — starszy pan wyglądał na przestraszonego. — Pani to umie człowieka zaskoczyć. Nie wiem, czy znajdę gdzieś w ogóle taki wykrój...
— Ale mam nadzieję, że coś uda się zrobić? — spytałam proszalnym głosem. — Nie musi to być habit autentyczny, wystarczy, że będzie do niego podobny.
— Rozumiem, ale jakiś wykrój i tak muszę mieć. Zaraz, zaraz, skąd by wziąć taki szablon? Chyba że sam coś wymyślę. Ostatecznie mogę pokombinować, ale na pewno nie uda mi się skończyć roboty do jutra. Muszę przecież kupić odpowiedni materiał i guziki, poza tym z szyciem będzie kupa roboty.
(...)
Trzy dni później w czarnym habicie zakonnym, podobnym do tego, jaki noszą siostry józefitki (z dużym wcięciem w talii, którego sobie zażyczyłam, natchniona krojem habitów z sex shopów), bez makijażu i z czarną babciną torbą (zawierającą gazety, przybory toaletowe i małą kamerkę na podczerwień), udałam się na przystanek na placu Defilady. Stamtąd odjeżdżał autobus do Kazimierza Górnego. Sprawdziłam, o której godzinie wyrusza, po czym upewniwszy się, że mam jeszcze ponad pół godziny, wybrałam się na krótki spacer po okolicy. Stąpałam powoli, uważnie, tak aby nie potknąć się o habit, który był dla mnie trochę za długi (na poprawki zabrakło czasu). Przeczłapałam przez plac Defilady, a następnie weszłam na skwer znajdujący się kilkanaście metrów dalej. W okresie wiosenno-jesiennym zasiedlali go bezdomni „szczęśliwcy”, którzy nie muszą chodzić do pracy, więc szwędają się bez celu i wypoczywają na ławeczkach.
W pewnym momencie, gdy przemierzałam jedną z alejek biegnących równolegle do ulicy Karkonoskiej, moją uwagę przykuła grupka wyrostków imprezujących na ławce pod drzewami. Sączyli coś z plastikowej butelki, w której raczej nie było oranżady, i zachowywali się przy tym gorzej niż turyści angielscy pod Wawelem: głośno i po chamsku. Rżeli i przeklinali tak, że uszy więdły, nawet moje, przywykłe przecież do przekleństw. Pewnie jednak bym na to nie zareagowała, gdyby nie drobny epizod. Jeden z małolatów w czapce z daszkiem założonej tyłem na przód wstał nagle, powiedział: „muszę się odlać”, po czym chwiejnym krokiem podszedł do pobliskiego krzaka i najspokojniej w świecie zaczął go podlewać. Nie zwracał przy tym najmniejszej uwagi na osobę duchowną (czyli na mnie) zbliżającą się w żółwim tempie do ławki. Wówczas w duchu miłości, oczywiście, postanowiłam młodzieńca upomnieć. Przystanąwszy przed ławką, powiedziałam mentorskim tonem:
— Wstydziłbyś się, chłopcze. Takie małe coś ludziom pokazywać — rzekłam.
W rezultacie wyrostek natychmiast zapiął rozporek i wybełkotał:
— Przepraszam. Nie zauważyłem pani, to znaczy... siostry.
Tymczasem jego koledzy, którzy obserwowali całe zajście, schylili głowy, chichrając się głupkowato.

